|
MÓJ DOMEK W cichej dolinie o lasek oparty,
Nad brzegiem rzeczki, co blisko wynika;
Stoi mój domek dla wszystkich otwarty,
Skromny jak zwykle szlachcica rolnika.
Na karcie dziejów naszego narodu,
Nie błyszczy wprawdzie ten cichy zakątek -
Dla mnie on przecie milszym jest nad wszystkie,
Jako skarbnica rodzinnych pamiątek !
Tu sędziwy bohater ranami okryty,
Przed którym hajdamaki humańskie pryskały,
Domowym bogom poświęcił swój oręż,
I zrzekł się nadal wojowniczej chwały.
Tu nieraz przy płonącym kominku zasiadał,
Z łzą w oku wspominał na kraju katusze,
I gdy smutne narodu dzieje opowiadał,
Miłość Boga, Ojczyzny, szczepił w młodą duszę.
Tutaj święta niewiasta, wzór matron prawdziwy,
Co pełnienie cnót tylko miała za szczyt chwały,
Błogosławiąc prawnukom, z modlitwą na ustach.
Cicho w Bogu zasnęła przeżywszy wiek cały.
O nigdy niezapomnę uroczystej chwili,
Kiedy nadziemskim blaskiem zabłysło jej oko,
I czystą jak łza dziecka, duszę męczenniczki,
Cherub na skrzydłach poniósł tam w niebo wysoko !
Tu słynący z słodyczy obywatel prawy,
Co współbraci zniewolał niezachwianą cnotą,
Podcięty w sile wieku przeznaczenia kosa,
Skonał - i mnie dziecko zostawił sierotą! 3)
Ileż to niebezpieczeństw zagrażało dziecku
W dalszych życia kolejach po świecie szerokim,
Lecz go modlitwa matki strzegła od bezdroży,
I Bóg nad biednym czuwał swym wszechmocnym okiem.
Pomnę kiedym tu nieraz w dni moich zaraniu
Wesół i pusty, nieznający troski,
Goniąc po łąkach krasnego motylka
Zapędzał kroki do sąsiedniej wioski.
Lub też dopadłszy żwawego konika,
Co się swobodnie na błoniu wypasał,
Daleki wszelkiej niebezpieczeństw myśli
Z iskrzącem okiem po manowcach hasał.
A strudzonemu po niezwykłych harcach,
I wymknionemu z pod matki opieki -
Gdym się ułożył w wonnej lipy cieniu,
Anioł przycisnął uśpione powieki!
I rozkosznie płynęły godziny mej wiosny,
Nieznana boleść życia nie smuciła
Dopóki mego przeznaczenia gwiazda
Kroków mych w inną kolej nie zwróciła! -
Gdym po długiej wędrówce wrócił pod tę strzechę,
Łzawem mię okiem matka witała na progu,
I wznosząc myśl do źródła skąd szczęście wytryska,
Wszystkie me dalsze losy poleciła Bogu !
A Bóg pobłogosławił i dał towarzyszkę
Co ogniem miłości z sercem mem się łączy,
Świętym węzłem, co chyba wtedy się rozerwie,
Kiedy ostatni oddech z ciała się wysączy !
Szczęśliwy żyję pod dachem rodzinnym,
I błogo płyną odtąd moje lata,
A nawet troski lżej się jakoś znoszą,
Bo je urok swobody, miłości przeplata.
Jak cię nie kochać mój ty domku luby ?
W którym cichego szczęścia tak wiele doznałem,
Do twoich murów wiąże się wspomnieniem
Wszystko co kocham - wszystko co kochałem! |
|
KLASZTÓR
WYMARŁY.
Na stromym brzegu bezimiennej rzeki,
Tchnieniem lip starych do koła oblany,
Sięgając krzyżem w krajobraz daleki,
Sześciowiekowy stoi kościół Trzciany.
W trzecim stuleciu tysiąca drugiego,
Kiedy Wstydliwy był na polskim tronie,
Wizon kanonik zamku krakowskiego,
Wzniósł tu świątynię ku wiary obronie.
I pod bożego przybytku murami,
Usiadło mnichów świątobliwe grono,
By wieczną prawdę wygłaszać ustami,
I szczepić miłość w czyste ludu łono.
I brzmiała hymnów świątynia odgłosem
Aż Rakoczego krwią ziejące hordy
Sprzysięgłe z Polski nieszczęśliwym losem
Rozniosły w koło zniszczenie i mordy.
Rozbita mnichów gromadka uboga
Patrzała w ogień płonącej świątyni,
Gdzie przeszła mściwych najezdników noga,
Tam tylko obraz pozostał pustyni.
Lecz Bóg, co jeszcze błogosławił Polsce,
Łupieżcom świątyń nie dał pocieszenia
I znów rozbitki zgromadzone w wiosce
Bożego domu dźwignęły sklepienia.
I jeszcze blisko dwa niespełna wieki
Rycerze krzyża siali słowo Boże,
Aż grom w ich środek uderzył daleki
I czeladź święta uległa w pokorze.
I mnich za mnichem na twardej pościeli
Nieubłagalnej schodził śmierci torem
I ostatniego wyniesiono z celi,
I stary klasztor przestał być klasztorem.
W miejscu, gdzie wieki przetrwał klasztor stary,
Gdzie mnich za ludu modlił się przewinę,
Grzędę dziś kopie ubogi wikary,
Posiewa kwiaty i sadzi jarzynę.
Nad wartkich czasów, gdy dumam potokiem
I w wnętrze grobów zapuszczę się okiem,
To serce moje ściska żal głęboki,
Bo w tej świątyni legły ojca zwłoki.
Co mnie sierotą zostawił na ziemi,
Co mych dziecięcych nie prowadził kroków,
Lecz cicho serce - ty skargami twymi
Nie zmieniasz Boga najmędrszych wyroków.ZAKOŃCZENIE
Pieśni moje - serca dzieci,
Z wami razem dziś uleci,
Moich marzeń kwiat -
Ja, was puszczam wieszcz nieznany,
Po mej ziemi ukochanej
Lećcie, lećcie w świat !
Jak strumyczek co w dolinie
Cichym szmerem gdzieś tam płynie,
I wy płyńcie tak !
Może i was nie przyjęte,
I od braci odepchnięte,
Czeka śmierci znak.
Jam nic śpiewał o kurhanach, -
Siwych orłach - uraganach, -
Bom ich nie znał nie -
Proste ludu mego głosy,
Wrosłe w smutne jego losy
Ja wam bracia szlę !
Jam daleki od swawoli,
O szczęśliwej marzył doli,
Lecz Bóg nie tak chciał -
I mych marzeń złote tkanki
Mego szczęścia złote wianki,
Zimny wietrzyk zwiał !
Tylko marzyć wolno było,
Krótko serce szczęściem śniło
Częstsza była łza -
Bo w stuletniej gdy niewoli
Jęczy Naród wśród niedoli
Więc jęknę i ja !
Gdyby matka jedynaka
Co w bój goni lotem ptaka.
Żegnam pieśni was -
Wy od chatki aż do chatki,
Lećcie serca mego dziatki,
Mnie już spocząć czas!
Może kiedyś po zamieci
Promień słońca wam zaświeci,
Zazieleni maj -
I w szczęśliwej może chwili,
Wspomną bracia kiedyś mili:
Żem kochał mój kraj ! |